Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Guy of Gisborne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Guy of Gisborne. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 6 sierpnia 2019

Muzyczni Ulubieńcy #14


I oto przyszedł czas na kolejnych Ulubieńców. Ostatnio porzuciłam klimaty folkowe, czy muzykę klasyczną na rzecz bardziej rockowych utworów. Ostatnimi czasy więcej słucham muzyki rockowej i pop, ale nie są to żadne nowości. Wręcz przeciwnie. Trzymam się starych dobrych klasyków, bo do każdego mam sentyment.


Photo by Markus Spiske on Unsplash

sobota, 22 października 2016

"Rzecz o przypadkach z lasu Sherwood" cz.10, ostatnia i małe święto.



Rozdział 10


Ogary mknęły przez las niczym wypuszczone z kuszy bełty i ciężko było nadążyć za nimi wzrokiem. Odkąd podjęły trop nie zwalniały ani na chwilę i co chwila wystawiały polującym kolejne dziki. Psy nikły i pojawiały się. Jeden, dwa, czasem cztery naraz. Jedynie ich ujadanie słychać było cały czas i to dawało łowczym możliwość bezbłędnego podążania za nimi. 
Myśliwi podzielili się na kilka grup, żaden bowiem nie zamierzał stawać do pojedynku z rozwścieczonym odyńcem sam, zdając sobie sprawę z śmiertelnego niebezpieczeństwa. Łowy trwały od wczesnego poranka i z tego co donosili posłańcy kilka sporych odyńców leżało już bez ducha.
Zanim słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, rozległ się dźwięk rogu, by polujący poczęli zawracać ku obozowi. Poczęto również zbierać upolowaną zwierzynę.
Guy mijał właśnie jedno z takich miejsc i upewniwszy się, że wszystko jest jak należy, skierował się wraz z Allanem ku polanie na zachodnim skraju ziem należących do majątku Knighton, gdzie obozowali łowczy.
- Padam z nóg. - mruknął Allan.
Guy prychnął tylko i pogładził szyję swojego wierzchowca. Ogier nosił go dzielnie przez cały dzień w trudnym terenie, dowodząc swej wytrzymałości i zwinności.
- A co ma powiedzieć twój koń? - odezwał się patrząc na kasztanka na którym siedział Allan.
Chłopak się speszył, ale po chwili znów wykwitł mu na ustach uśmiech. Był bardzo zadowolony z dzisiejszego dnia. Guy również, choć bardziej powściągał emocje. Teraz gdy adrenalina opadała, zaczynał odczuwać zmęczenie, ale i coraz silniejszą potrzebę zobaczenia się z Elisabeth. Myśl, że mógłby złożyć znużoną głowę na jej piersi i po prostu przymknąć oczy, była bardzo silną pokusą.
Gdy więc koń trochę odpoczął Guy stuknął go piętami i przyśpieszył lekko. Zapewne szeryf będzie chciał jeszcze wypić zwyczajowy toast na zakończenie łowów, ale to już tylko formalność. Byle do Knighton, byle do Elisabeth. 
Gdzieś z boku, poniżej, w zagłębieniu terenu słychać było głosy innych myśliwych, zapewne również wracających do obozu. Co jakiś czas jeszcze odzywał się róg sygnałowy, by każdy usłyszał wezwanie.
Nagle ni to kwik, nie to warkot rozległy się w lesie, a zaraz dołączyły i zgłuszyły go krzyki, tupot i paniczne rżenie koni.
Guy ściągnął wodze ogiera, który rzucił się w przód przestraszony, ale w porę wstrzymany jedynie wspiął się lekko na tylnych nogach w górę.
- Sir Guy! - krzyknął Allan również próbując zapanować na koniem.
Guy niewiele myśląc puścił konia, a ten wyrwał do przodu. Rycerz pokierował zwierzęciem i zjechawszy z górki skręcił do jaru, skąd słychać było gwar.
- Chryste!…
- Zabijcie tę bestię!
- Koń, trzymajcie konia!
- Bo go stratuje!

piątek, 23 września 2016

"Rzecz o przypadkach z lasu Sherwood" cz. 9




Rozdział 9


Droga na piętro zdawała się Guy'owi trwać w nieskończoność. Z jednej strony chciał jak najszybciej znaleźć się przy Elisabeth, a z drugiej nie wiedział jak się przy niej zachować. Wiadomość, którą otrzymał kilka sekund wcześniej mało nie zwaliła go z nóg. Czuł złość, głównie na siebie, ale i na Opatrzność. Czuł jakby z niego zakpiono – pokazano mu w lustrze wizję życia jakiego zawsze pragnął i jednym ruchem mu ją odebrano. Choć nie był zbyt wierzący upatrywał w tych tragicznych wydarzeniach ostatnich dni coś w rodzaju boskiej kary. Idąc do alkowy Elisabeth prosił więc w myślach Boga, by ten się zlitował i przerwał to pasmo nieszczęść i co gorsza, nie zabierał mu ukochanej kobiety. Bał się o nią. Zdawał sobie sprawę jak poważnie mogło to wpłynąć na jej zdrowie, nie tylko fizyczne. Słyszał nie raz, że pod tym względem kobieca psychika jest bardzo wrażliwa. Starał się sobie wyobrazić co dziewczyna może teraz czuć. Nie umiał. Pomyślał o dziecku. Dopiero teraz pojawił się żal – zagryzł wargi, czując wyrzuty sumienia, ale zwalił to na karb tego, że chociaż było nieoczekiwaną radością, nie zdołał się do niego przywiązać. W ciągu tych kilkunastu godzin. Wrócił myślami do Elisabeth - pluł sobie w brodę i przeklinał siebie, że jej nie dopilnował, że ten jeden raz odpuścił.
Podszedł ostrożnie do drzwi i nadstawił ucha. W środku panowała cisza. Pchnął lekko drzwi i wszedł do środka. W oświetlonym różowo-pomarańczowym światłem poranka pokoju dostrzegł leżącą na łożku drobną postać Elisabeth. Podszedł bliżej. Chyba spała. Wciągnął powietrze i usiadł obok niej ostrożnie, nie chcąc jej budzić. Była bardzo blada. Bezwiednie wyciągnął dłoń i dotknął jej policzka. W sumie nie wiedział po co to zrobił… ale gdzieś z tyłu głowy kołatał mu się cień okropnej myśli, której bał się, ale musiał się upewnić. Gdy jego palce dotknęły skóry dziewczyny, gdy poczuł ciepło żyjącej istoty, mroczny cień strachu w jego umyśle zniknął, a on poczuł tak ogromną ulgę, że zsunął się na podłogę i oparłszy głowę na dłoniach, zapłakał.

środa, 7 września 2016

"Rzecz o przypadkach z lasu Sherwood" cz. 8





Rozdział 8


Płomień wił się i giął. Lizał potężne bierwiona ułożone w kominie. Ciszę co jakiś czas przerywał trzask suchego drewna trawionego przez ogień.
Elisabeth przymknęła oczy i starała się uspokoić głowę. Świat jej wirował przy każdym ruchu. Przesunęła dłońmi na oślep wokół siebie. Gładkość pod dłońmi i zapach jaki wciągnęła z kolejnym oddechem dały jej jednoznacznie do zrozumienia, że leżała w łożku.
- Pani?
Głos Mary dobiegający jakby z oddali odbił się w jej głowie nieprzyjemnym echem. Jęknęła.
- Dziecko… Dobry Boże…
- Mary…. - wyszeptała z wysiłkiem – Czemu tu jestem? Byłam na zewnątrz…
- Sir Locksley cię przyniósł. Zemdlałaś.
Z ust dziewczyny wyrwało się ciche westchnienie.
- Jak się czujesz dziecinko?
- Źle Mary.
Rozległo się pukanie. Chwilę później skrzypnęły drzwi. Elisabeth leżąc z przymkniętymi oczami nie widziała, że Mary wstała by je otworzyć.
- Jak się czuje?
- Nie przyszła jeszcze do siebie pani.
Marian spojrzała ponad ramieniem służki. Elisabeth była blada jak pergamin. Pani na Locksley zagryzła wargę w zamyśleniu opierając dłonie na lekko zaokrąglonym brzuszku.
- Poślę do wsi po znachorkę.
- Pani wybacz śmiałość, ale nie lepiej posłać do Nottingham po medyka?
- Nie, stara Matylda zna się na rzeczy.
Mary skinęła głową i spojrzała na Elisabeth.
- Biedne dziecko, wygląda jakby zaraz miała zemrzeć.
- Zamilcz. - syknęła Marian. - Myślę, że się mylisz. Czuwaj przy niej nim nie przyjdzie znachorka.
- Jak sobie życzysz pani.

czwartek, 25 sierpnia 2016

"Rzecz o przypadkach z lasu Sherwood" cz. 7





Rozdział 7


Dwa miesiące później

- Wzywałeś mnie panie.
Szeryf nie zareagował, gdy Gisborne wszedł. Pisał coś skrupulatnie. Guy założył ręce na piersi i rozejrzał się po komnacie, starając się ukryć rosnące poirytowanie. Obrzucił pomieszczenie znudzonym wzrokiem. Wizualnie siedziba szeryfa nie zmieniła się zbytnio od śmierci Vasey'a, ale trzeba było przyznać, że atmosfera była tu teraz mniej ponura.
- Pamiętasz Gisborne? Majątek ojca?
- Oczywiście. - Guy zmarszczył brwi zaintrygowany. - Czemu o to pytasz sir?
- Gdy skończy się odbudowa przeniesiesz się tam. - szeryf odłożył pióro, wyprostował się i spojrzał na Gisborne'a.
- Dowódca straży powinien być w zamku. - rzekł zdecydowanie Guy.
- Nie musi być tu codziennie.
- Dziwi mnie, twoja decyzja panie. Zwłaszcza, że życzeniem króla było bym dalej pełnił funkcję...
- Funkcji ci nie zabieram. Ile potrwa jeszcze odbudowa dworu w Gisborne?
- Do miesiąca.
- Dwa tygodnie, Gisborne. - rzekł szeryf – Tyle masz czasu i potem nie chcę cię tu widzieć częściej niż dwa razy w tygodniu.
Guy prychnął.
- Masz coś do powiedzenia?
Gisborne uśmiechnął się zaledwie kącikami ust.
- Dziwi mi mnie wciąż, że Locksley tak łatwo zrezygnował z Gisborne.
- Co mu po nim. Zresztą ten skrawek ziemi zrekompensuje mu o wiele większe Knighton.
Guy uniósł brew z dezaprobatą.
- Wszak moja siostrzenica wychodzi za Robina.
- To naprawdę bardzo radosna nowina. - odparł Guy.
- W rzeczy samej.
Nagle rozległo się pukanie do drzwi.
- Wejść! - Longthorn odwrócił wzrok od dowódcy i spojrzał na drzwi.
Skrzydło uchyliło się i do komnaty weszła Elisabeth. Guy zobaczywszy ją, uśmiechnął lekko skłaniając głowę. Dziewczyna dygnęła grzecznie. Nie spodziewała się widzieć tu Guy'a, ale skoro już na niego trafiła to ucieszyła się bardzo. Poczuła jak serce zaczyna jej mocniej bić.
- Papo Wybieram się z Marian i Robinem do Bonchurch. - oznajmiła zdecydowanym głosem spoglądając na szeryfa.
Guy podziwiał jak z cichej, skromnej dziewczyny w jednej chwili stawała się zdecydowaną i świadomą swych oczekiwań młodą kobietą. Prawdziwą damą, która miała predyspozycje, by zarządzać domem jako żona lorda. Jego żona… Guy poczuł boleśnie jak bardzo tego pragnie. Jej u swojego boku. Przetarł dłonią twarz i stwierdził, że musi wyjść. Widok Elisabeth zbyt mocno na niego działał, zwłaszcza, że widywał ją rzadko od momentu ułaskawienia.
- W jakim celu? - sir John wpatrzony w córkę, nie zwracał już uwagi na Gisborne'a, który skierował się wolno ku drzwiom. Dziewczyna odrzuciła na plecy warkocz, a ten kołysał się przez chwilę omiatając końcówką jej biodra.
- Złożyć uszanowanie nowemu lordowi. - odparła dziewczyna. - W naszym imieniu. Nie zrobiliśmy tego jeszcze ojcze.
Szeryf westchnął.
- Proszę, co mam tu do roboty? W zamku jest nudno i ponuro.
- Dobrze… ale….
- Dziękuję ojcze. - uśmiechnęła się i odwróciła by wyjść, napotkała jednak spojrzenie Guy'a. Odwróciła się znów do ojca – Sir Guy będzie mi towarzyszył. - stwierdziła.

wtorek, 16 sierpnia 2016

"Rzecz o przypadkach z lasu Sherwood" cz. 6



Rozdział 6


Dwór Locksley zniknął im z oczu bardzo szybko. Drzewa i zarośla wyłaniały się z ciemności oświetlone na krótko lampami powozu i równie szybko rozmywały się w mroku, gdy je mijali. Elisabeth milczała odkąd wyjechali. Od czasu do czasu przymykała oczy, ale nie chciało jej się spać. Emocje były jeszcze zbyt świeże. Robiła to bardziej dla uspokojenia ojca, którego wzrok czuła na sobie od czasu do czasu. Jednak w końcu po dłuższym czasie kołysanie powozu i stukot końskich kopyt znużyły ją. Oparła głowę na ramieniu śpiącej piastunki i zasnęła.
Jakiś czas później powóz dojechał do rozstajów i skręcił w lewo.
- Wuju? - Marian dotknęła dłoni sir Johna siedzącego naprzeciw niej.
- Słucham cię Marian. - miał zmęczony, strapiony głos. Przetarł oczy palcami. - Mów dziecko, zamyśliłem się.
- Gdzie jedziemy? Nie do Doncaster? Powóz skręcił na południe.
- Nie, nie możemy wrócić do mojego hrabstwa. Jedziemy tam gdzie jest król. Tylko on nas może ochronić przed szeryfem. - odparł sir John.
- Wiesz gdzie jest teraz król? - dopytywała się Marian.
- Mnie więcej.
- To znaczy?
- Weź przykład z Elisabeth i śpij młoda damo. - zbył ją lord. - Gdy wstanie słońce z Bożą pomocą będziemy bezpieczni.
Marian uśmiechnęła się i nie drążyła dalej.
Sir John powrócił do rozmyślań, które przerwała mu Marian. Miał nadzieję, że król nadal jest w Leicester i że zdąży się z nim zobaczyć, nim ten wyruszy do Nottingham. Wiedział od Robina, że ten posłał już do jego wysokości swojego człowieka, który, jeśli nic mu się nie przytrafiło po drodze, zapewne musiał już napotkać królewskie patrole. Lord jeszcze raz wrócił do wydarzeń sprzed wyjazdu z Locksley. Gdy w nocy usłyszał kroki, potem głośne rozkazy sir Guy'a był pewien, że przyszli po niego ludzie szeryfa, bo ten przeklęty zakonnik go jednak rozpoznał. Jakież było jego zdziwienie, gdy wraz z Gisborne'em pojawił się Robin Hood ze swymi ludźmi. Sam Gisborne niewiele mówił. Jedyne co od niego usłyszał to to, że zawdzięcza życie córce. Jednak ton i spojrzenie sir Guy'a jakie tym słowom towarzyszyły mroziły krew w żyłach. Potem szorstko nakazał, by zabrał dziewczęta i czym prędzej opuścił jego dom. Gdy sir John czekał pod dworem, Robin podszedł i wyjaśnił mu szybko wszystko co działo się, nim wraz z Gisborne'em tu przyjechali. I choć niespodziewana pomoc jakiej doznali od najwierniejszego sługi szeryfa, a także, z tego co wiedział od Robina, wyjawienie przez niego tajemnic szeryfa, by pomóc królowi, rzucały nowe światło na postać Gisborne'a, to w oczach lorda nie zyskał on nic. Ot, szczur uciekający z tonącego okrętu, takie właśnie miał o nim zdanie sir John. Żal mu było w tym wszystkim najbardziej córki, która zdążyła polubić tego łotra. Widział, że cierpiała, gdy się żegnali. Uczucia Gisborne'a go nie obchodziły. Choć przystał na jego prośbę o rękę dziewczyny, to nic to dla niego nie znaczyło. Wkrótce śmierć Gisborne'a rozwiąże ten niewygodny układ za niego.
Wyjechali na otwarty teren i sir John zauważył, że horyzont zaróżowił się już z lekka na wschodzie. Byli już daleko od Nottingham, a gdy szeryf odkryje ich nieobecność będą już pod opieką Ryszarda Lwie Serce.

środa, 10 sierpnia 2016

"Rzecz o przypadkach z lasu Sherwood" cz. 5





Rozdział 5




Sir John przyglądał się z daleka Elisabeth, którą pod rękę prowadził sir Guy. Z obawą patrzył na swoją córeczkę w rękach tego sługusa zdrajcy i mordercy, Vasey'a. Czemu postąpił tak pochopnie? Całą drogę modlił się by Bóg wybaczył mu ten błąd. Gra, którą prowadził z szeryfem była brutalna i niebezpieczna, a jej stawka… Anglia, król… to wszystko wymagało poświęcenia, ofiar. Ale…. Właśnie. Jeszcze wczoraj nie miał wyrzutów sumienia, że własna córka była dla niego w tej grze gwarancyjnym wadium. Uważał, że czyni dobrze, a jej życie i zdrowie, mimo ryzyka są bezpieczne. Chytry plan, który powstał błyskawicznie w głowie lorda, gdy Gisborne zarzucił mu niezdecydowanie, dziś był koszmarem, który nie dawał mu spokoju. Zwłaszcza, że nie przewidział wszystkiego. Skąd mógł wiedzieć, że Gisborne, tę tak odległą w terminie realizacji obietnicę, potraktuje bardzo poważnie i zacznie z dnia na dzień publicznie okazywać swoje uczucia wobec Elisabeth. Uczucia, których sir John się nie spodziewał! Hood miał rację... Trzeba było uważać. Nie docenił Gisborne'a. Jego powściągliwość i ponura mimika doskonale ukrywały afekt jaki, jak się teraz okazało, żywił do jego córki. Nie to było jednak najgorsze. Elisabeth coraz przychylniejszym okiem patrzyła na sir Guy'a. A od tego była niedaleka droga, by młoda lady się w sir Guy'u zadłużyła. Sir John ponad wszystko nie chciał, by jego ukochane dziecko cierpiało. Należało jak najszybciej rozdzielić tych dwojga póki nie będzie za późno. I to, prócz rychłego przyjazdu króla i coraz większego zagrożenia jakie wisiało nad jego rodziną, było powodem decyzji sir Johna, że wyjadą zaraz na drugi dzień po uczucie, którą wydawał sir Guy.
Para zatrzymała się na chwilę. Lord dostrzegł twarz Gisborne'a, gdy pokazywał coś Elisabeth na drzewie. Po chwili odezwał się słowik. Sir Guy uśmiechnął się do dziewczyny, a ona odwzajemniła się tym samym. Z ociąganiem odprowadził wzrokiem dwójkę, która znów ruszyła wolno ku sadowi, a sam wszedł do dworu.

- Thronton? Czy wszystkie rzeczy panienki Marian przyjechały już z zamku? - lord spojrzał na rządcę, który akurat stał w wejściu do sali biesiadnej, gdzie czyniono przygotowania do jutrzejszej uczty.
- Tak lordzie.

- Dobrze. - rzekł wolno sir John, ale nie odszedł. Stary rządca milczał, patrząc na starca.

- Panie… życzysz sobie jeszcze czegoś? - zapytał w końcu.

- Służyłeś wcześniejszemu lordowi Locksley? - zapytał cicho po chwili wahania sir John.

- Sir Robinowi? Tak. Nie ma innego lorda Locksley. - rzekł z dumą Thornton.

- Zatem mogę ci zaufać?

- Zależy czego wasza lordowska mość ode mnie oczekuje.

- Spokojnie, znam twojego pana, to dobry człowiek i mam nadzieję, kiedyś będzie mym przyjacielem. - rzekł z lekkim uśmiechem sir John widząc niepokój na twarzy Thorntona. - Wiem, że służba ma wiele pracy przed jutrzejszą ucztą, ale spakuj w tajemnicy rzeczy moje i obu dziewcząt. Wszystko ma być gotowe na pojutrze, na rano. Łącznie z powozem gotowym do drogi.

- Będzie jak sobie życzysz, panie.
Lord skinął głową i strapiony poszedł do siebie.

środa, 3 sierpnia 2016

"Rzecz o przypadkach z lasu Sherwood" cz. 4






Rozdział 4


Burza nadeszła niezwykle szybko, pokrywając swoim cieniem cały Sherwood, Nottingham i okoliczne wioski przy okazji posyłając na ziemię spore, jak na tę letnią porę roku, ilości wody.
Dwór w Locksley skrył się w mroku. Pochodnie zazwyczaj oświetlające drogę do dworu pogasły, a strażnicy skryli się pod najbliższymi zadaszeniami. Co jakiś słychać było ich przytłumione zawołania i odezwy, ale odgłos deszczu uderzającego o grunt i dachy zagłuszał w większości wszystko.
Allan, przywiązany do pręgierza na środku wsi spoglądał w kierunku dworu, mrużąc zalewane deszczem oczy, ale przez to i ciemność niewiele w stanie był dojrzeć. Ręce wygięte w tył i związanie bolały go w stawach. Modlił się, by ta noc minęła szybko. I klął na Elisabeth. Przez nią tu wylądował. Najgorsze było jednak to, że czekało go jeszcze spotkanie z Guy'em. I tego się bał się - dowódca szeryfowej straży nie pozostawał w tyle za swoim pryncypałem, jeśli chodzi o okrucieństwo w karaniu. Na razie jednak ta perspektywa wydawała się odległa jak wieczny żywot. Teraz dręczył go inny strach. Naturalny. Przed ciemnością, nocą, zimnem. Każdy dźwięk w deszczu jego świadomość potęgowała i modyfikowała, nadając mu dziwne i przerażające kształty. Allan, w końcu zamknął oczy i zaczął myśleć o rzeczach dobrych. Nie było wyjścia, inaczej by zwariował. Mimowolnie przyszły do niego wspomnienia z nie tak przecież odległych czasów, kiedy był członkiem drużyny Robina. Powoli też przychodził na niego sen i półświadomie uśmiechał się wspominając chwile spędzone razem z drużyną. Marudzącego Much'a, Małego Johna, który lubił siadywać z boku, Willa, który równie milczący zawsze dłubał w drewnie nowe użyteczne przedmioty…
- Allan… - kobiecy głos doszedł do niego jakby z oddali. Poruszył się, próbując wrócić do świadomości. - Allan...
Dotyk na policzku, sprawił, że otworzył lekko oczy. Zobaczył przed nosem kobiecą twarz. Zielone oczy patrzyły smutno, spod lekko zmarszczonych brwi. Nie było już ciemno, bo wszystko to zobaczył dość wyraźnie, jednak słońce jeszcze nie wzeszło. Przestało też padać.
- Panienka Elisabeth… - wycharczał i potrząsnął głową chcąc bardziej otrzeźwieć. Krople wody z jego głowy upstrzyły buzię dziewczyny, która lekko się cofnęła. Zaraz jednak zdjęła z siebie wełniany płaszcz i okryła nim dokładnie przemoczonego Allana. Potem wstała i chwyciwszy sukienkę, by nie umoczyła się od błota, podbiegła w stronę dworu.

środa, 27 lipca 2016

"Rzecz o przypadkach z lasu Sherwood" cz. 3






Rozdział 3


Elisabeth jechała wolno leśną drogą kierując się do Locksley. Jedną dłonią trzymała niedbale wodze, a drugą oparła na biodrze i wpatrywała się w las przed sobą podziwiając jego piękno. Cudowne, przyjemne popołudnie. W przeciwieństwie do przedpołudnia. Całe bowiem spędziła w posiadłości Gisborne’a nic nie robiąc. Marian czuła się nie za dobrze i siedziała w swoim pokoju. Chyba spała. Elisabeth mając dość czekania, aż kuzynka zechce opuścić komnatę, kazała w końcu stajennemu przygotować jej konia i wyjechała zaraz po obiedzie na spacer. Nikt jej nie zatrzymywał. Ojca nie było. Wcześnie rano wyjechał do Nottingham razem z Gisborne’m. Mieli wrócić wieczorem. Allan zaś spał w najlepsze na ławie w sali biesiadnej. Mogła go obudzić, by jej towarzyszył w przejażdżce jak zawsze do tej pory, ale stwierdziła, że poznała już okolicę na tyle dobrze, że nie potrzebowała przewodnika, a tym bardziej ochrony. Od przejażdżki, kiedy to pierwszy raz wymknęła się z Allanem, odbyli razem już kilka wycieczek, korzystając z okazji, że sir John wraz z Gisborne'em wyjeżdżają do Nottingham. Allan za każdym razem protestował, ale przebiegła dziewczyna umiała tak zaszantażować sługę gospodarza, że ten musiał jej towarzyszyć, nie chcąc by zwierzchnik dowiedział się o jego pierwszym nieposłuszeństwie… i każdym kolejnym. O Marian nie musiała się martwić. Kuzynka dotrzymywała tajemnicy. Za każdym razem wracali z przejażdżek przed ojcem i sir Gisborne'em, więc nikt nic nie podejrzewał. Jedynie sir Guy, chodził lekko zachmurzony, bo Elisabeth zmęczona po potajemnych przejażdżkach nie miała ochoty na kolejne w ciągu dnia. Wieczorami po wieczerzy lubiła jednak siadywać właśnie obok niego. Uśmiechnęła się leciutko na myśl o dowódcy straży.

środa, 20 lipca 2016

"Rzecz o przypadkach z lasu Sherwood" cz. 2




Rozdział 2


Zarządca majątku Locksley wyszedł przed dwór. Jeden ze sług kilka chwil wcześniej powiadomił go o zbliżających się przybyszach. Thornton przyłożył dłoń do oczu, by osłonić je przed słońcem. Od strony Nottingham nadjeżdżał powóz. Zarządca nie znał go. Znał za to rycerza, który wraz z kilkoma konnymi eskortował powóz. Odziany w czarne szaty mężczyzna kłusował dumnie wyprostowany z ręką opartą na biodrze. Nowy pan na Locksley… Odkąd syn starego lorda został banitą po powrocie z Ziemi Świętej, rządził tu sir Guy. Sir Guy z Gisborne, choć tak naprawdę żadnego Gisborne nigdy nie było. Przynajmniej nie w Anglii. Ponoć jego ojciec był z pochodzenia Francuzem. Jego Gisborne leżało więc gdzieś na ziemiach Franków. Thornton westchnął. Każdy tu marzył by czarny rycerz zniknął, odjechał w poszukiwaniu ziemi ojca i nigdy nie wrócił. Każdy, kto był w jego mocy, widział w tym nadzieję na poprawę losu. Niestety Guy z Gisborne był tutaj i nic nie zapowiadało by kiedykolwiek miał stąd odejść.
Thornton postąpił krok dalej by powitać swego pana. który wyprzedziwszy powóz pierwszy podjechał pod dwór.
- Witaj pa… - zaczął.
- Thronton każ szykować pokoje! - Guy zeskoczył z konia i rzucił niedbale wodze chłopakowi stojącemu obok zarządcy. - Trzy komnaty. I niech przygotują wieczerzę. Dla czterech osób. Mam gości. Lady Marian, jej wuj i kuzynka. Pozostaną tu jakiś czas. - Guy wydawszy rozporządzenia, odwrócił się do powozu, który właśnie się zatrzymał.
Lord Longthorn wysiadł, a za nim jego córka i Marian.
- Witaj w moim domu, sir. - Guy skłonił się i wskazał, by weszli do środka.
Marian prychnęła.
- Coś nie tak moja droga? - sir John odwrócił się i spojrzał uważnie na dziewczynę.
- Nie wuju. - uśmiechnęła się lekko.
- Marian jest oburzona tym, że nazywam ten dom swoim. W jej mniemaniu, choć tego nie powie mi w twarz, jestem tu jedynie intruzem, który zagarnął to, co nie należy do niego. - rzekł Guy głosem spokojnym, patrząc jednak z pogardliwym uśmieszkiem na Marian. - Zawsze byłem intruzem, prawda?
Dziewczyna milczała.
- Chyba nie wszystko rozumiem sir Gisborne… - rzekł powoli sir John.
- Lord, który panował tu przede mną miał problemy z przystosowaniem się do panującego porządku po powrocie z Ziemi Świętej. W wyniku czego stracił majątek i jest wyjętym spod prawa banitą, który grasuje po okolicznych lasach. Mianował się obrońcą biedaków… A Marian bardzo go podziwia, prawda?
- Robin robi to co należy! Gdybyś miał trochę sumienia…

wtorek, 19 lipca 2016

"Rzecz o przypadkach z lasu Sherwood" cz. 1




Rozdział 1


Gniew się wciąż się w nim gotował. W obecności Marian ledwo trzymał emocje na wodzy. Tyle poświęcił dla niej. Tyle razy swoim gardłem ryzykował dla niej przed szeryfem. A ona?... Gardziła nim. Poniżała go. Przy każdej sposobności. Teraz widział to jak na dłoni. Była miła tylko jak coś chciała. Jak bardzo go to bolało. Miotał się w sobie jak dzikie zwierze, które będąc w pułapce, nie wie gdzie najpierw ukąsić. Ale mimo to ze względu na pamięć ojca i dawne do niej uczucie postanowił zrezygnować z wydania jej szeryfowi… Kilka dni temu wiele by dał za możliwość wymierzenia sprawiedliwości nawet na własną rękę. Dziś było mu już wszystko jedno. Odkąd ją zdemaskował, dużo myślał. Nie tylko o jej dwulicowości, ale także o tym co ją pchnęło do tego by ryzykować życiem dla plebsu. Jak sobie przypominał ile razy jego straże ścigały Stróża, jego z nim potyczki, to jak go ranił sztyletem… Czemu dziewczyna z dobrego domu miast haftować wolała narażać się na niebezpieczeństwo? Chciała pomagać. Stała śpiewka. A niech jej będzie… Owszem jego również raziła obecna po okolicznych wsiach bieda. A polityka szeryfa, która miast doprowadzić do polepszenia sytuacji jeszcze ją pogarszała, ostatnio wyjątkowo Guy'owi przeszkadzała. Wieśniaków można uciskać, taki ich los, od tego są, ale fanatyzm szeryfa by karać ich za choćby cień podejrzenia, że pomagają Robinowi, sprawiał, że chłopi zamiast generować dochody, generowali straty. Więżenie, wieszanie, palenie zagród, zamykanie warsztatów rzemieślników nie poprawiało sytuacji. Ci co mogli opuszczali domostwa, nie widząc tu przyszłości. Dochody z podatków i tak marne, malały w zatrważającym tempie, a Londyn domagał się regularnych wpłat… Guy nie raz sugerował szeryfowi, by na jakiś czas zmniejszył terror w okolicznych wioskach. Na próżno. Ten stary pryk zarzucił mu że mięknie, że ma skrupuły, śmiał zasugerować by dołączył do bandy Hooda, skoro żal mu wieśniaków. Na samą myśl o szeryfie i upokorzeniach jakich doznawał co dzień od pryncypała zaciskał szczęki i marzył o chwili kiedy diabli wezmą szeryfa Vasey'a. Miał nadzieję, że nastąpi to zanim wróci król. Spiski i knowania szeryfa, do których zawsze był nie do końca przekonany,  teraz coraz mniej mu się podobały. I stawały się dla ich uczestników coraz bardziej niebezpieczne. Vasey nie widział, że szanse na powodzenie jego śmiałych planów szybko malały. Nawet z poparciem księcia Jana. Dalej knuł, spiskował, zdradzał, coraz śmielej, coraz bardziej brawurowo… i coraz mnie ostrożnie. Na każdym kroku dawał swoim wrogom twarde dowody do ręki. Lista zdrajców, którą był Pakt Nottingham, była w rękach Hooda, poza tym kto wie ilu już posłańców posłał ten banita do króla, by donieść o zdradzie. Guy nie miał zamiaru dać się powiesić. Zbyt cenił swój kark i swoje życie. Poza tym było coś jeszcze… Czuł, że coś go uwiera. Kilka tygodni temu odwiedził miejsce, gdzie kiedyś mieszkali z siostrą, matką i ojcem. Nie był tam od wielu, wielu lat. W sumie nie wiedział co go pchnęło, by tam pojechał. Ale stało się. Zgliszcza spalonego dworu porosły drzewa i krzewy i jedynie poczerniałe sterczące belki były oznaką, że kiedyś tu rządził człowiek. Widok ten wstrząsnął nim. Szybko stamtąd odjechał, a odjeżdżając czuł na plecach czyjś wzrok. Do tej pory przechodziły go ciarki na myśl o tym, ale to co znalazł w zgliszczach - pośniedziały medalion matki - dawało mu nadzieję, że duchy tego miejsca nie życzyły mu źle. Ale czy pochwaliły by to co się z nim stało? I to go uwierało. Uwierało do tego stopnia, że przestał sypiać. Nic nie pomagało. Kilka razy schlał się na umór, ale było jeszcze gorzej. W pijackim widzie przyszła do niego matka. Nic nie mówiła, nic nie robiła. Tylko patrzyła. Smutek w jej oczach był nie do opisania. Chciał jej dotknąć, uściskać, ale nie potrafił, za to ona z jeszcze większym smutkiem spoglądała na jego dłonie, a gdy podniósł je przed oczy ociekały krwią. Nie… gorzałka zdecydowanie nie pomagała… stracił chęć do wszelkich działań, a cios jakim było zdemaskowanie Stróża jeszcze bardziej go dobił.

wtorek, 12 lipca 2016

Nowe opowiadanie i zła wiadomość :(

Witajcie...

Miałam pewną przerwę od blogowania, ale przyszedł czas by znów tu wrócić, zwłaszcza że w międzyczasie troszkę podziałałam na polu literackim, co zapewne ucieszy kilka osób.

Jednocześnie mam nieprzyjemną wiadomość również związaną z moimi postami literackimi. Straciłam zawartość jednego z dysków, na którym miałam zapisaną powieść o Starożytnym Egipcie, którą jakiś czas temu zapowiadałam. Jest to dla mnie ogromna strata, bo poświęciłam na stworzenie tej historii kilka lat. Starczy powiedzieć, że płakać mi się chce jak o tym pisze...
Ale zostawmy to. Wróćmy do przyjemniejszych rzeczy...

Od tego tygodnia będę się z Wami dzielić opowiadaniem o losach Guy'a z Gisborne. Wiem, było wiele alternatywnych wersji losów tego bohatera, sama czytałam przynajmniej dwie. Nie da się więc uniknąć pewnych analogii. Zresztą nie ukrywajmy, większość powstających fabuł o Guy'u dotyczy tego, by nasz ulubiony rycerz z Notthingham nie kończył tak podle jak w serialu, ale żył długo i szczęśliwie u boku kobiety, którą kocha - z wzajemnością oczywiście ;) ...

Z technicznych szczegółów... pierwszy odcinek będzie opublikowany w kolejnym poście, więc zapraszam do czytania :) 


Robin Hood BBC Series - mój screen

czwartek, 2 czerwca 2016

Guy z Gisborne, szkic.

 Natknęłam się ostatnio na taki oto szkic znanej i lubianej przeze mnie postaci. 
Ktoś nawet zaakcentował kolor oczu ;)

Niestety nie mogłam doszukać się autora tej pracy, więc pozostaje Nieznany. Trochę szkoda, może znalazłabym więcej ciekawych szkiców. 

A Wy? Co myślicie? Fajny taki rysunkowy Guy? 




środa, 11 maja 2016

"The English Ladye And The Knight" - fanvideo Lady Marian&Guy of Gisborne

Króciutki post, bo chciałam podzielić się z Wami bardzo przyjemnym fanvideo.
 Piosenkę śpiewa Loreena McKennitt. 
Bohaterowie znani i lubiani, więc nie przedstawiam ;)


piątek, 28 czerwca 2013

Jak muzyka może inspirować...


Oglądając film "Capitan Corelli" zwróciłam uwagę na przepiękną ścieżkę dźwiękową skomponowaną przez Stephena Warbecka, a wykonywaną przez orkiestrę z główną rolą mandoliny.  

piątek, 7 czerwca 2013